W zasadzie ten wyjazd można określić jednym stwierdzeniem — ciągle pada. I faktycznie, można powiedzieć, że cały wyjazd był pod dyktando padającego deszczu. Z przejaśnieniami. Jednak mimo wszystko — było go dużo. Chwilami nawet za dużo.
Przed zbliżającym się dla nas okresem — zakończenie roku szkolnego, stwierdziliśmy, że warto może gdzieś pojechać. A że tam nas nie było — to szybka kalkulacja i wybór padł na Gołębiewski w Mikołajkach.
Droga minęła całkiem przyjemnie. W zasadzie większość z blisko 300-kilometrowej trasy jest po wygodnej drodze. Ostatnie kilometry pokonywaliśmy już zdecydowanie wolniej — droga przed nami malowniczo wiła się między jeziorami, lasami, miejscowościami. Wróciły wtedy wspomnienia z dziecięcych lat z wyjazdów ma Mazury.
Dojeżdżaliśmy do celu jeszcze w padającym deszczu. Nie było po co się spieszyć.
Po zameldowaniu zeszliśmy na kolacje.
Po jedzeniu poszliśmy sprawdzić co jest z naszym głównym celem wyjazdu — strefą basenową.
Temat ogarnięty więc co można zrobić z chwilą czasu, jaki został do zachodu?
Spacer.
Wyszliśmy się przejść, nawet nie zabierając drona czy aparatu.
Wieczór uraczył nas takimi widokami.
Następnego dnia po śniadaniu poszliśmy na strefę basenową.
Przed wejściem do strefy basenowej — główna atrakcja dużego holu — akwarium.
Tu spędziliśmy trochę czasu korzystając z atrakcji takich jak: sauna (na dosłownie kilka min), jacuzzi (chyba najlepsza rzecz, jaką mają), grota lodowa — bardzo ciekawe doświadczenie, tężnie solankowe (miejsce do wyciszenia się) czy basen zewnętrzny.
Od rana pogoda nie zapowiadała się szczególnie łaskawa do spacerowania.
Jednak po basenie stwierdziliśmy, że pójdziemy się przejść „na miasto” o ile tak można nazwać Mikołajki.
Wychodząc nie zapowiadało się, że będzie tak zmienna pogoda.
Najpierw drobna mżawka, która przerodziła się w bardzo silny deszcz. Przed nim udało się schować w pizzerii gdzie zjedliśmy smaczna pizze. Porównywalna do naszej lokalnej Noi, jaką mamy pod domem.
Kiedy wychodziliśmy po obiedzie — słońce wyszło zza chmur i spacer stał się przyjemnością.
Spacerem przeszliśmy praktycznie cała marine do samego końca. W zasadzie chyba jest to jedyna taka atrakcja tutaj.
Kiedy wracaliśmy do hotelu zastanawialiśmy się, czy nie iść na koło widokowe. Jednak widok zbliżającej się deszczowej chmury skutecznie ostudził nasz zapał.
Po powrocie poszliśmy znowu skorzystać ze strefy basenowej.
Siedząc w basenie zewnętrznym i patrząc w niebo zobaczyłem, że chmury tak fajnie się układają.
Karolina stwierdziła, że nie ma problemu — bierz sprzęt i idź polatać, porobić zdjęcia a ona poczyta książkę w tym czasie do mojego powrotu.
Na 3 ostatnich zdjęciach wyżej widać chmurę, przed jaka udami się schować.
Jednak zanim musiałem się zbierać udało się zrobić kilka zdjęć z drona.
Dla mnie zawsze Mazury widziane z poziomu wody były czymś fajnym. Ta możliwość obcowania blisko natury — bo to dawało pływanie jachtem, do dziś jestem dla mnie niezapomnianym wrażeniem. Jednak z wysokości Mazury zaczynają wyglądać bajecznie.
Widząc kaczki, jakie były dość blisko mnie po schowaniu drona sięgam po aparat.
I tu widać, że są to dzikie zwierzęta — nie pozwalają na bliskie podejście z aparatem.
I było widać, jak reagują na kliknięcia lustra w aparacie.
Coś jednak udało się zrobić.
A mając jeszcze trochę fajnego słońca z drona udało mi się zrobić taką fajną panoramę:
W niedziele przed wyjazdem korzystając z chwili wolnego czasu poszliśmy jeszcze na basen, aby wykorzystać czas do maksimum.
Sam wyjazd uważamy za udany, wróciliśmy podładowani energią na zbliżający się okres






















































