Pobierowo — część I

Pobierowo — część I

W sumie to mieliśmy sobie jechać do tego nowo otwartego Gołębiewskiego w Pobierowie.
Jednak jak już wcześniej wspominałem — choroby wieku dziecięcego nas odstraszyły.
Przynajmniej na razie. Na jakiś czas.
Wszystko będzie zależało od tego — co się będzie działo w przeciągu najbliższych paru miesięcy.

Jedak kto powiedział, że nie ma innych miejsc, gdzie można się zatrzymać?
Szybkie wyszukanie i wybór padł na hotel Linea Mare.

Droga była w sporej części dla nas już znana — do Słupska ta sama a dalej to już nowo otwarta droga w kierunku naszej zachodniej granicy.

Dojechaliśmy nawet wcześniej niż planowałem.
Dzięki temu po zostawieniu samochodu w hotelu, gdzie sympatyczna pani z recepcji powiedziała, że da znać, kiedy będziemy mieć gotowy pokój — poszliśmy zwiedzić „miasto”.

Samo Pobierowo w obiorze jest mega pozytywne. Długa promenada gdzie dużo różnego rodzaju knajpek, restauracji czy ogólnie miejsc, gdzie można coś zjeść.

Zaczęliśmy od zejścia na plaże gdzie przywitał nas wiatr i fale. I słońce.
I czerwona flaga.
Choć nie mieliśmy w planach kąpieli w morzu, to do zdjęć po rozmowie z ratownikami mogłem wejść tylko po kostki.

Kiedy dostaliśmy informację, że nasz pokój jest gotowy nasze kroki skierowaliśmy w stronę hotelu.

Po rozpakowaniu się poszliśmy na basen.
Chwila relaksu w basenie, potem jacuzzi i sauna.
Na koniec weszliśmy do basenu zewnętrznego — jednak mimo słonecznej pogody, to wiatr popsuł nam tę chwilę.
Było pieruńsko zimno.

Po relaksie poszliśmy się przebrać i poszliśmy na obiadokolację.
I tu miłe zaskoczenie — bardzo miła obsługa, bardzo dobre jedzenie.

Po kolacji do zachodu było jeszcze sporo czasu więc poszliśmy na drugi spacer.

Tym razem poszliśmy zobaczyć hotel Gołębiewski Pobierowo, o jakim w ostatnim czasie było dość głośno. Zarówno po otwarciu, jak i po różnych materiałach, jakie są dostępne w internecie.
Wrażenie?
Z zewnątrz brzydki, wielki klocek na górce.
To, co mi się bardzo nie podoba to fakt, że dookoła niego jest pusto — nie ma drzew, krzewów, krzaków. Tylko sama trawka.
Do środka nie wchodziliśmy — wystarczyło nam wrażenie z zewnątrz.

Wróciliśmy więc na promendę i tam zeszliśmy na plaże.
Natura znowu nie była łaskawa i nie było latania dronem.

Jednak zdjęcia wszyły nam całkiem zacnie.

Dzień zakończyliśmy mając ponad 20tyś kroków każde.
Zacny wynik.